18 listopada 2013

Rozdział IV


       Czasami ma się po prostu dosyć wszystkiego – koloru ścian, swojej bluzki, krzywej kartki, nudnego obrazu, a nawet kawy. Po prostu przychodzi taki dzień, znowu ciemny, tak smutny, że pragnie się jedynie pozostać w swoim łóżku, tym znajomym, bezpiecznym azylu i zapomnieć o jakichkolwiek obowiązkach.
      Ale na takie luksusy mogą sobie pozwolić jedynie bohaterki filmów, więc mimo wisielczego humoru stawiłam się w pracy i marzyłam, żeby osiem godzin przebiegło szybko i bezproblemowo. I żeby, przede wszystkim z ośmiu godzin nie zrobiło się dwanaście. W takie dni człowiek chce tylko zasnąć i mieć święty spokój, a nie ganiać po biurze, przeglądać setki plików, prowadzić równocześnie dwie rozmowy i być przy tym jak najbardziej produktywny.
       Niestety, dzisiaj miałam pecha, bo spełniło się wszystko to, czego sobie nie życzyłam.
- Marek! - wrzasnęłam. - Marek, bo mnie szlag trafi! No, już mnie trafił!
        To nie była jego wina, że klienci chcieli na już, na wczoraj, na godzinę temu. Widocznie oni też mieli zły dzień. Widocznie oni też musieli się na kimś wyżyć.
       Marek ściągnął okulary i przetarł oczy – był tak samo zmęczony, jak ja, ale nie próbował mnie zabić za to, że krzyczę.
- Jest już po dziewiętnastej – spojrzał na zegarek. - Dzisiaj już nic nie wymyślimy. Proponuję jechać do domu, a jutro być na siódmą. Co ty na to?
- Wiedziałam, że masz mózg – odetchnęłam z ulgą. - Uwielbiam twój racjonalizm.
         Marek zaśmiał się, przetarł jeszcze raz oczy, a potem założył okulary. Ogarnęłam w pośpiechu biurko, zapisałam wszystko co istotne, założyłam płaszcz i stanęłam w drzwiach, by poczekać na przyjaciela.
- Jednak masz trochę energii – zauważył mój pośpiech.
- To świadomość opuszczania tego miejsca tak na mnie działa. Poza tym jestem głodna.
- Ja też zdycham.
- Zapraszam do mnie, zrobię coś dobrego na kolację – zaproponowałam. - Albo nie.
- Wycofujesz zaproszenie?
- Nie! Chodzi mi o kolację. Może weźmiemy coś na wynos? Walniemy się na kanapę i zjemy w spokoju.
        Dogadywanie się z Markiem zawsze mi wychodziło. No, prawie zawsze, czasami stawaliśmy po dwóch stronach barykady, ale zwykle rozumieliśmy się bez słów. To Marek był jedynym mężczyzną, do którego nie pałałam nienawiścią w czasie „rozwodowym”. On jako jedyny nie mówił, że będzie dobrze, że wszystko się ułoży, że to naprawdę była dobra decyzja. On po prostu był normalny, a tego wtedy potrzebowałam. Kiedy życie zaczyna wirować, to pragnie się jedynie normalności, którą w innych wypadkach można przeklinać, bo wielokrotnie jest ona synonimem nudy. Ja w tamtym czasie tęskniłam za tym, co normalne i stabilne, a Marek jako jedyny potrafił mi to dać.
        Czasami zastanawiałam się nad tym, czy kiedyś mogłabym być dla niego kimś więcej, ale za każdym razem dochodziłam do wniosku, że jednak nie. Widocznie niektórzy ludzie rodzą się i umierają jako przyjaciele.
- Nawet nie wiesz jak bardzo nie chce mi się ruszyć do domu – sapnął.
- Jakie to szczęście, że to tylko rzut beretem! - zaśmiałam się. - Zaproponowałabym ci nocleg, ale pewnie będziesz wybrzydzał, że nie masz ubrać na zmianę, że rano będziesz musiał biec szybko, bla, bla, bla.
- Mam się do ciebie wprowadzić?
- Miejsca ci pod dostatkiem.
- Jasne, dopóki nie będziesz potrzebowała wolnej chaty po randce.
         Rzuciłam w niego poduszką, a potem się obraziłam.
         Marek został.

       Alicja przeglądała czasopismo związane z modą i ziewała nad nim. Wyglądała na niewyspaną, a ja wiedziałam, że poprzedniej nocy z pewnością nie spędziła w łóżku. No, przynajmniej nie swoim.
- Jezu, co z tą kawą? - jęknęła, zamykając gazetę. - Co to? - wskazała na marynarkę, która wisiała na drugim kuchennym krześle.
- Marynarka – odpowiedziałam zatem zgodnie z prawdą, ale wiedziałam, że nie uniknę większej ilości pytań. - I kawa, proszę. Ciężka noc?
- Noc przyjemna, a nie ciężka, a marynarka to chyba męska?
- Marek nie sprzątnął.
        Źle dobrałam słowa.
- To on u ciebie sprząta teraz?
      Musiałam powiedzieć jej prawdę. To nie była jakaś tragiczna prawda, nic z tych rzeczy, ale nieco dziwna, to na pewno. Wyczekujący wzrok Alicji stał się bardziej pobudzony, niż minutę wcześniej. Podałam jej cukier i uśmiechnęłam się niezgrabnie.
- Mieszka tutaj. Tymczasowo. Wiesz, mamy teraz urwanie...
- Mieszka?! - wrzasnęła tak głośno, że musiał ją usłyszeć drugi koniec miasta. - Jesteś z nim i nic mi nie powiedziałaś?!
- Alka, błagam, nie nakręcaj się niepotrzebnie – westchnęłam. - Mamy teraz urwanie głowy, zaproponowałam mu, żeby mieszkał teraz u mnie, bo i tak pracujemy po godzinach. Wygodniej robić to razem, w mieszkaniu. Wszystko idzie sprawniej.
- Jasne – prychnęła.
- O co ci chodzi?
- On mieszka kawałek stąd, jesteście prawie sąsiadami, więc...
- Stop – przerwałam jej już zdenerwowana. - Nie sypiamy ze sobą. W takim układzie jest nam naprawdę wygodniej i ten tydzień...
- Tydzień?
- Tak, tydzień. I świetnie się rozumiemy.
- Spędzacie ze sobą cały tydzień, dwadzieścia cztery godziny na dobę i ty mi mówisz, że to nic takiego? - widocznie dla Alicji nie istniał taki byt, jak mieszkanie z mężczyzną i niechodzenie z nim do łóżka.
- Nie dwadzieścia cztery. I koniec tej dyskusji, bo jest bez sensu.
- Zastanów się lepiej w co się wpakowałaś, bo może się okazać, że on będzie chciał zostać na dłużej.
       Nie skomentowałam tego, bo akurat wtedy wrócił Marek. I może wyglądało to, jak wyglądało, ale przyniósł zakupy, przyniósł uśmiech i energię, a to było dobre.

       W czwartek skończyłam pracę o szesnastej i umówiłam się z Markiem, że o dziewiętnastej siądziemy jeszcze nad jednym ze zleceń. Nie miałam już na nie siły w biurze i potrzebowałam odmóżdżenia. I butów. Zwykle wolałam robić zakupy przez internet, bo centra handlowe mnie męczyły, ale tym razem nie mogłam już patrzeć na komputer. Stanęłam więc przed zadaniem – zrelaksować się w centrum handlowym, co dla mnie było nie lada wyzwaniem, choć byłam dziwne zadowolona.
      Idealne buty znalazłam w drugim sklepie, nie zdążyłam się nawet zdenerwować, dobre samopoczucie mnie nie opuszczało, a ja nie znałam jego źródła. Miałam jednak nadzieje, że będzie trwało, a przedłużyć chciałam je dobrą kawą i ciastkiem – wybrałam zatem ustronne miejsce w kawiarni i patrzyłam na ludzi za oknem przy którym siedziałam. Wtedy mój wzrok natrafił na znajomą twarz. To był Olieg. Poczęstowałam go lekkim uśmiechem, zdając sobie sprawę, że i tak pewnie mnie nie kojarzy.
       Ale on przystanął, uśmiechnął się pięknie (robił to za każdym razem), a potem zobaczyłam go w kawiarni.
- Cześć – powiedział, stając przy moim stoliku.
- Cześć – odparłam.
- Zobaczyłem cię i stwierdziłem, że kawa to dobry pomysł. Czekasz na kogoś?
- Nie czekam. To miejsce jest wolne – wskazałam głową na krzesło nieco za nim.
      Olieg przewiesił kurtkę przez oparcie, a następnie usiadł. To było dziwne. Odtwarzałam ten moment przez jakiś czas w głowie. A może to ja jestem dziwna? W każdym razie wyglądało to jakbyśmy się dobrze znali, choć zapadła cisza.  
- Ostatnio często na siebie wpadamy - uśmiechnęłam się. 
- Chodziłaś wcześniej na mecze? 
       Nie mogę mu powiedzieć, że przyszłam specjalnie dla niego. Nie potrafię też dostatecznie dobrze kłamać, kiedy niebieskie oczy wpatrują się we mnie badawczo. 
- Zostałam zaciągnięta podstępem. To znaczy... w ramach randki. 
         Czułam, że moje policzki są czerwone. No, przynajmniej różowe. 
- Twój chłopak cię zaprosił na mecz? - Olieg zamieszał czarną kawę i odłożył łyżeczkę. 
- To była bardzo nieudana randka - zaśmiałam się, nagle czując rozluźnienie. - Boże, to nawet nie była randka, tylko tragiczna pomyłka! Ale zauważyłam ciebie i musiałam się przekonać czy to ta sama osoba. Dlatego wybrałam się po raz drugi. 
- Dobra decyzja. 

***
Moje życie tak szalało przez ostatnie miesiące, że nie miałam czasu ani natchnienia by tutaj pisać. W dodatku zapomniałam danych do logowania. Dzisiaj udało mi się wreszcie rozszyfrować wszystko co trzeba, więc jestem. Co prawda jestem średnio zadowolona, ale pamiętajcie - zawsze mogło być gorzej.