Czasami
ma się po prostu dosyć wszystkiego – koloru ścian, swojej
bluzki, krzywej kartki, nudnego obrazu, a nawet kawy. Po prostu
przychodzi taki dzień, znowu ciemny, tak smutny, że pragnie się
jedynie pozostać w swoim łóżku, tym znajomym, bezpiecznym azylu i
zapomnieć o jakichkolwiek obowiązkach.
Ale
na takie luksusy mogą sobie pozwolić jedynie bohaterki filmów,
więc mimo wisielczego humoru stawiłam się w pracy i marzyłam,
żeby osiem godzin przebiegło szybko i bezproblemowo. I żeby,
przede wszystkim z ośmiu godzin nie zrobiło się dwanaście. W
takie dni człowiek chce tylko zasnąć i mieć święty spokój, a
nie ganiać po biurze, przeglądać setki plików, prowadzić
równocześnie dwie rozmowy i być przy tym jak najbardziej
produktywny.
Niestety,
dzisiaj miałam pecha, bo spełniło się wszystko to, czego sobie
nie życzyłam.
- Marek!
- wrzasnęłam. - Marek, bo mnie szlag trafi! No, już mnie trafił!
To
nie była jego wina, że klienci chcieli na już, na wczoraj, na
godzinę temu. Widocznie oni też mieli zły dzień. Widocznie oni
też musieli się na kimś wyżyć.
Marek
ściągnął okulary i przetarł oczy – był tak samo zmęczony,
jak ja, ale nie próbował mnie zabić za to, że krzyczę.
- Jest
już po dziewiętnastej – spojrzał na zegarek. - Dzisiaj już nic
nie wymyślimy. Proponuję jechać do domu, a jutro być na siódmą.
Co ty na to?
- Wiedziałam,
że masz mózg – odetchnęłam z ulgą. - Uwielbiam twój
racjonalizm.
Marek
zaśmiał się, przetarł jeszcze raz oczy, a potem założył
okulary. Ogarnęłam w pośpiechu biurko, zapisałam wszystko co
istotne, założyłam płaszcz i stanęłam w drzwiach, by poczekać
na przyjaciela.
- Jednak
masz trochę energii – zauważył mój pośpiech.
- To
świadomość opuszczania tego miejsca tak na mnie działa. Poza tym
jestem głodna.
- Ja
też zdycham.
- Zapraszam
do mnie, zrobię coś dobrego na kolację – zaproponowałam. - Albo
nie.
- Wycofujesz
zaproszenie?
- Nie!
Chodzi mi o kolację. Może weźmiemy coś na wynos? Walniemy się na
kanapę i zjemy w spokoju.
Dogadywanie
się z Markiem zawsze mi wychodziło. No, prawie zawsze, czasami
stawaliśmy po dwóch stronach barykady, ale zwykle rozumieliśmy się
bez słów. To Marek był jedynym mężczyzną, do którego nie
pałałam nienawiścią w czasie „rozwodowym”. On jako jedyny nie
mówił, że będzie dobrze, że wszystko się ułoży, że to
naprawdę była dobra decyzja. On po prostu był normalny, a tego
wtedy potrzebowałam. Kiedy życie zaczyna wirować, to pragnie się
jedynie normalności, którą w innych wypadkach można przeklinać,
bo wielokrotnie jest ona synonimem nudy. Ja w tamtym czasie tęskniłam
za tym, co normalne i stabilne, a Marek jako jedyny potrafił mi to
dać.
Czasami
zastanawiałam się nad tym, czy kiedyś mogłabym być dla niego
kimś więcej, ale za każdym razem dochodziłam do wniosku, że
jednak nie. Widocznie niektórzy ludzie rodzą się i umierają jako
przyjaciele.
- Nawet
nie wiesz jak bardzo nie chce mi się ruszyć do domu – sapnął.
- Jakie
to szczęście, że to tylko rzut beretem! - zaśmiałam się. -
Zaproponowałabym ci nocleg, ale pewnie będziesz wybrzydzał, że
nie masz ubrać na zmianę, że rano będziesz musiał biec szybko,
bla, bla, bla.
- Mam
się do ciebie wprowadzić?
- Miejsca
ci pod dostatkiem.
- Jasne,
dopóki nie będziesz potrzebowała wolnej chaty po randce.
Rzuciłam
w niego poduszką, a potem się obraziłam.
Marek
został.
Alicja
przeglądała czasopismo związane z modą i ziewała nad nim.
Wyglądała na niewyspaną, a ja wiedziałam, że poprzedniej nocy z
pewnością nie spędziła w łóżku. No, przynajmniej nie swoim.
- Jezu,
co z tą kawą? - jęknęła, zamykając gazetę. - Co to? - wskazała
na marynarkę, która wisiała na drugim kuchennym krześle.
- Marynarka
– odpowiedziałam zatem zgodnie z prawdą, ale wiedziałam, że nie
uniknę większej ilości pytań. - I kawa, proszę. Ciężka noc?
- Noc
przyjemna, a nie ciężka, a marynarka to chyba męska?
- Marek
nie sprzątnął.
Źle
dobrałam słowa.
- To
on u ciebie sprząta teraz?
Musiałam
powiedzieć jej prawdę. To nie była jakaś tragiczna prawda, nic z
tych rzeczy, ale nieco dziwna, to na pewno. Wyczekujący wzrok Alicji
stał się bardziej pobudzony, niż minutę wcześniej. Podałam jej
cukier i uśmiechnęłam się niezgrabnie.
- Mieszka
tutaj. Tymczasowo. Wiesz, mamy teraz urwanie...
- Mieszka?!
- wrzasnęła tak głośno, że musiał ją usłyszeć drugi koniec
miasta. - Jesteś z nim i nic mi nie powiedziałaś?!
- Alka,
błagam, nie nakręcaj się niepotrzebnie – westchnęłam. - Mamy
teraz urwanie głowy, zaproponowałam mu, żeby mieszkał teraz u
mnie, bo i tak pracujemy po godzinach. Wygodniej robić to razem, w
mieszkaniu. Wszystko idzie sprawniej.
- Jasne
– prychnęła.
- O co
ci chodzi?
- On
mieszka kawałek stąd, jesteście prawie sąsiadami, więc...
- Stop
– przerwałam jej już zdenerwowana. - Nie sypiamy ze sobą. W
takim układzie jest nam naprawdę wygodniej i ten tydzień...
- Tydzień?
- Tak,
tydzień. I świetnie się rozumiemy.
- Spędzacie
ze sobą cały tydzień, dwadzieścia cztery godziny na dobę i ty mi
mówisz, że to nic takiego? - widocznie dla Alicji nie istniał taki
byt, jak mieszkanie z mężczyzną i niechodzenie z nim do łóżka.
- Nie
dwadzieścia cztery. I koniec tej dyskusji, bo jest bez sensu.
- Zastanów
się lepiej w co się wpakowałaś, bo może się okazać, że on
będzie chciał zostać na dłużej.
Nie
skomentowałam tego, bo akurat wtedy wrócił Marek. I może
wyglądało to, jak wyglądało, ale przyniósł zakupy, przyniósł
uśmiech i energię, a to było dobre.
W
czwartek skończyłam pracę o szesnastej i umówiłam się z
Markiem, że o dziewiętnastej siądziemy jeszcze nad jednym ze
zleceń. Nie miałam już na nie siły w biurze i potrzebowałam
odmóżdżenia. I butów. Zwykle wolałam robić zakupy przez
internet, bo centra handlowe mnie męczyły, ale tym razem nie mogłam
już patrzeć na komputer. Stanęłam więc przed zadaniem –
zrelaksować się w centrum handlowym, co dla mnie było nie lada
wyzwaniem, choć byłam dziwne zadowolona.
Idealne
buty znalazłam w drugim sklepie, nie zdążyłam się nawet
zdenerwować, dobre samopoczucie mnie nie opuszczało, a ja nie
znałam jego źródła. Miałam jednak nadzieje, że będzie trwało,
a przedłużyć chciałam je dobrą kawą i ciastkiem – wybrałam
zatem ustronne miejsce w kawiarni i patrzyłam na ludzi za oknem przy
którym siedziałam. Wtedy mój wzrok natrafił na znajomą twarz. To
był Olieg. Poczęstowałam go lekkim uśmiechem, zdając sobie
sprawę, że i tak pewnie mnie nie kojarzy.
Ale
on przystanął, uśmiechnął się pięknie (robił to za każdym
razem), a potem zobaczyłam go w kawiarni.
- Cześć
– powiedział, stając przy moim stoliku.
- Cześć
– odparłam.
- Zobaczyłem
cię i stwierdziłem, że kawa to dobry pomysł. Czekasz na kogoś?
- Nie
czekam. To miejsce jest wolne – wskazałam głową na krzesło
nieco za nim.
Olieg
przewiesił kurtkę przez oparcie, a następnie usiadł. To było
dziwne. Odtwarzałam ten moment przez jakiś czas w głowie. A może
to ja jestem dziwna? W każdym razie wyglądało to jakbyśmy się
dobrze znali, choć zapadła cisza.
- Ostatnio często na siebie wpadamy - uśmiechnęłam się.
- Chodziłaś wcześniej na mecze?
Nie mogę mu powiedzieć, że przyszłam specjalnie dla niego. Nie potrafię też dostatecznie dobrze kłamać, kiedy niebieskie oczy wpatrują się we mnie badawczo.
- Zostałam zaciągnięta podstępem. To znaczy... w ramach randki.
Czułam, że moje policzki są czerwone. No, przynajmniej różowe.
- Twój chłopak cię zaprosił na mecz? - Olieg zamieszał czarną kawę i odłożył łyżeczkę.
- To była bardzo nieudana randka - zaśmiałam się, nagle czując rozluźnienie. - Boże, to nawet nie była randka, tylko tragiczna pomyłka! Ale zauważyłam ciebie i musiałam się przekonać czy to ta sama osoba. Dlatego wybrałam się po raz drugi.
- Dobra decyzja.
***
Moje życie tak szalało przez ostatnie miesiące, że nie miałam czasu ani natchnienia by tutaj pisać. W dodatku zapomniałam danych do logowania. Dzisiaj udało mi się wreszcie rozszyfrować wszystko co trzeba, więc jestem. Co prawda jestem średnio zadowolona, ale pamiętajcie - zawsze mogło być gorzej.